Greenpeace mnie prześladuje! (+ spóźnione Hapi Niu Jer!) >> wtorek, 20 stycznia 2009 19:29:34
Nowy rooooook, tututuuuu, pooglądałam ze strychu fajerwerki, poczytałam książkę o papieżu, podzwoniłam do znajomych i poszłam spać. Rano poszłam do Dominikanów, ładnie się pomodliłam, zmarzłam i wróciłam do domu.
Zaczął się kolejny rok. … Co zrobiłam w tamtym? Cóż… Spałam, jadłam, i nie zrobiłam nic pożytecznego dla ludzkości.
Jestem z siebie dumna.
***
Nowy rok, a problemy stare. Tacy ekoterroryści, na przykład – żadnej okazji nie odpuszczą, żeby nam przypomnieć, że niedługo się podusimy własnymi reklamówkami.
Nie znoszę ekoterrorystów. Są fanatyczni, podstępni, nieustępliwi, mają poparcie polityków i bez przerwy kłamią.
Ostatnio jakieś pochody były, stop przeciw globalnemu ociepleniu czy czego tam. W telewizji widziałam, reporter relacje na rynku zdawał. A za nim – taaaaaki zasyfiony ryneczek. Mała rzecz, a cieszy.
Problemy nawiedzonych ekologów polega na tym, że bardziej ich obchodzi jakiś żuczek w trzcinie, niż ludzie. Szef Greenpeace (tak, tej organizacji, która mnie zamknie bez chleba i wody za sypanie na ślimaki solą), niejaki Paul Watson, oświadczył: „Mam wrażenie, że zamiast strzelać do ptaków, powinienem raczej strzelać do dzieci strzelających do ptaków.” Kchem, no tak, jak sobie chcecie.
I to całe gadanie, że „Ziemia jest zagrożona!”. Ale bzdet. Tak naprawdę, Ziemia sobie doskonale poradzi. Ludzie, nasza Mateczka przetrwała miliardy lat, dostawała kometami, podlegała ogromnym zmianom atmosferycznym, obserwowała pojawianie się i odchodzenie gatunków, i w ogóle. Myślicie, że przejmie się paroma reklamówkami? To człowiek jest zagrożony – Ziemia nie musi się przejmować, bo życie zawsze znajdzie drogę. Karaluchy przetrwają, szczury jeszcze bardziej się wycfaniaczą.
Żebyście mnie nie mieli za jakiegoś zwyrodnialca, który knuje spisek przeciwko ludzkości. Uważam, że faktycznie bardziej się opłaca brać prysznic niż codziennie kąpać się w pełnej wannie. Nie widzę problemu z zakręceniem wody podczas mycia zębów. Mam kompostownik, na który co dwa dni dzielnie pomykam. Podlewam kwiatki i nie wyrzucam papierków za siebie. Ale luuuuuuudzie, odrobina dystansu! Wybierzcie dobro człowieka, nie jakiegoś storczyka. Bądźmy rozsądni, ale nie fanatyczni. Nie mam nic przeciwko futrom, a wegetarianin, według starego, indiańskiego słowa oznacza „za głupi, by polować” (żebyście się zbytnio nie bulwersowali – to był, taki, ho ho, dżołk).
Małe kroczki, i wszystko będzie okej. Efekt cieplarniany, wielkie mi halo. Wiecie, skąd ta fala upałów? Tak jest od lat! Zimy stulecia i koszmarne upały, potem są chłodne lata i ciepłe zimy pełne stokrotek. Zmiany w klimacie są i basta. Myślicie, że niby co było wcześniej? Objawienie tlenu na ziemi było koszmarem – organizmy żywe dusiły się i padały, a na ich miejsce przychodziły nowe, bardziej przystosowane do życia w tych warunkach. Człowiek też się zmieniał, i na dobre mu to wyszło, i ewolucja dalej będzie robić z nim porządek.
Tyle tego. Już możecie mnie nazywać wstrętną, nieczułą maUpą, nieczułą i… hm, bez wyrażeń.
Życzę wam (trochę spóźnione), w każdym razie, wszystkiego dobrego w nowym roku, żebyście się stawali lepszymi ludźmi i nie utonęli w tonach śmieci ^^
Pozdrowienia i niech kisiel truskawkowy będzie z Wami ^^
komentarze [2]Zaprawdę powiadam wam, to jest znak! >> wtorek, 11 listopada 2008 18:06:49
Weszłam tu i mnie zatkało. Jakim cudem ten blog jeszcze tu stoi? Manipulacja wielkiego Cthulu, niezrozumiałe prądy kosmiczne, spisek Bezmafijnej Krainy Gier i Zabaw Don Misiaka? Niesamowite... Hm, zapewne to kolejna usterka kochanej dziatwy z Mylog, ale jeszcze mnie skasują za obrażanie ich i co będzie?
Nic nie będzie. Może napiszę, a może nie. Sami wiecie, jak to jest. Mogę wrzucić AnalIzkę, mogę wrzucić część opowiadania, albo mogę po prostu pozrzędzić. Wolność rządzi.
Pozdrowienia i niech kisiel malinowy będzie z Wami ^^
komentarze [3]Święta, święta i po... jeszcze nie po. Przed. >> piątek, 18 stycznia 2008 13:50:20
Święta minęły mi w zdrowiu i szczęściu, dziękuję bardzo. Tradycyjnie, jak każdy szanujący się pisarz, powinnam dzień przed świętami zacząć pisać, jak bardzo ich nie znoszę i gardzę ich komercjalną formą. Przykro mi, w tym wymiarze jestem gryzipiórkiem.
Lubię te 40cmetrowe warstwy śniegu, nawet, jeżeli muszę przez nie brnąć na drugi koniec Pingwinówka po kawałek chleba – taka wyprawa wywyższa mnie do rangi bohatera. Podoba mi się odgórnie narzucona świąteczna serdeczność, te wysyłanie sobie życzeń, rzucanie bez skrępowania miłych komplementów. Nie mam żadnego upierdliwego, pryszczatego amanta, więc nie muszę sprawdzać lusterkiem, czy nie czyha na mnie za rogiem z wiązką jemioły. Po kolacji wigilijnej nie boję się stawać na wadze, bo mam w nosie kalorie. Nie czepiam się miastowych ozdób, uważam wręcz, że te błyszczące tegesy na lampach i moście w nocy wyglądają zabójczo.
Ogólnie, lubię święta – ale nie byłoby dla mnie typowe, gdybym z lekkim przymrużeniem oka nie napisała czegoś sarkastycznego. Przed państwem seria opowiadanek. Enyoj!
1. Świąteczne przygotowania, czyli dekorujemy dom.
O ile kocham maszyny, to nienawidzę świątecznych lampek – najbardziej podstępne, wyrachowane i mściwe urządzenie, które wypełzło z dziury wszelkich Podstępnych, Wyrachowanych i Mściwych Urządzeń. Kiedy nie działają, nie możesz ich nawet kopnąć, bo pękną i zapewne zostawią ci śliczną bliznę na pięcie.
Kiedy leżały w pudle, wyglądały bardzo niewinnie. I na takie, które będą współpracować. Niestety, kiedy tylko je wyciągnęliśmy, owinęły nam się, jak co roku zresztą, wokół nóg w taki sposób, w jaki owijać się bezczelnie lampki tylko potrafią. Ale nic, im mniej się przejmujesz, tym lepszym będziesz inżynierem.
Kiedy wyplątaliśmy się z taj lampowej zawieruchy kabli i świecących obiektów (a także uwolniliśmy z niej kota), mieliśmy nadzieję, że pójdzie z górki. Faktycznie, było podejrzanie dobrze. Lampki owinęliśmy wokół framugi drzwi… hm. Nikt się jeszcze nie poraził. Potem pociągnęliśmy je wokół choinki. Dalej nie mamy zwęglonych palców. Skończyliśmy dekorować nimi poręcz schodów. Wow, wciąż nie chodzimy naelektryzowani – czyżby światełkom udzieliła się odgórnie narzucona świąteczna serdeczność? …
…
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! – ryknął Ling, bezskutecznie ciągnąc wtyczkę, która już bardziej nie dała się naciągnąć. Serdeczność? U lampek? JA to powiedziałam? Phi! Okazało się, że wbrew naszym obliczeniom, a także na przekór wszelkim prawom mierniczym lampek starczyło na wszystko… Oprócz na kawałek, który dzielił nas od poręczy schodów do wtyczki.
Kiedy po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy z Kosmitą, że schody muszą się obyć bez dekoracji, razem z Lingiem otrzymaliśmy ten wymagany kawałek do podłączenia kabla.
I wtedy strzeliły korki.
Znowu pani wygrała, Pani Jestem-Wrednym-Kablem-Z-Małymi-Kolorowymi-Światełkami.
2. Zakupy – witaj i giń.
-Gotowy?
-Nie.
-Jak to nie? To po co tu ze mną przylazłeś?
-Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. O ile pamiętam, mówiłaś coś o noszenia zakupów i bycia apteczką pierwszej pomocy, a kiedy odmówiłem, zobaczyłem gwiazdki i się tu obudziłem.
Siedzieliśmy zawinięci w śpiwory w kolejce do Grafiki. Fuksem znaleźliśmy się gdzieś w połowie. Trochę szkoda mi było tych biednych, niezaradnych ludzi, którzy przyszli tak późno i znaleźli się na samym końcu. Kiepski zakupowy start. Ale cóż, życie to walka – uśmiechnęłam się wrednie i nalałam dla Linga trochę herbaty z termosu.
-Rany, jak ja nienawidzę przedświątecznych zakupów. – mruknął i skinięciem głowy podziękował za napój. –Denerwuje mnie, że trzeba na zwykłe zakupy brać paralizator i kogoś z rodziny, kto będzie obsługiwał podręczną apteczkę.
Przełknęłam ślinę.
Już czwarta. Do otwarcia zostało 5 godzin.
*
-YEAH! – ryknął Ling i gwałtownie skręcił w prawo, kierując się do działu z książkami, zręcznie wymijając biegnących klientów. Tak, zabranie wózka z pobliskiego marketu było wybornym pomysłem. Można było szybko wyminąć zawistną konkurencję i nie było problemu z noszeniem zakupów czy sięganiem do wyższych półek, a śliska podłoga świetnie nadawała się do rozwijania dużych prędkości. W dodatku Ling okazał się niezłym rajdowcem, a kiedy testosteron uderzył mu do głowy, był niepokonanym zwycięzcą, który bez litości zbijał wszelkich samców, którzy nieopatrznie znaleźli się na jego terytorium. I wszystko by było pięknie, ładnie i super, gdyby nie wykręcili nam tego chamskiego numeru. Jakaś podstępna baba (dam głowę, że sprzątnęliśmy jej sprzed nosa ostanie pudełko z simsami! Założę się!) zastawiła przejście swoim dwuletnim pomiotem, które z niezbyt inteligentną miną ssało lizaka. Doszło do kraksy – mały, ze względu na swoje okrągłe kształty i sporą masą ciała odbił się od podłogi i przeturlał do matki, która już zdążyła się zaopiekować naszym egzemplarzem „Sims 2”. My z głośnym hukiem wyrżnęliśmy o ścianę, a naszymi nabytymi prezentami już się zaopiekowali co zaradniejsi klienci.
Zaprawdę powiadam wam, młodych ninja powinno się wysyłać na zakończenie treningu po przedświąteczne zakupy. Przesiew tych najlepszych gwarantowany.
*
-Pani tu nie stała!
-Ale ja uczestniczyłem w wojnie na wschodzie! Jestem inwalidą wojennym!
-A ja skaleczyłem się w palec, i co?
-Chcesz pan w pysk?
-Mówię przecież, że pani tu nie stała!
Odwróciłam głowę. Stanęliśmy tuż obok głośnika, z którego leniwie sączyła się „Cicha noc”, a obok stał kartonowy renifer (któremu ktoś w zamieszaniu przypadkowo urwał głowę) i trzymał kartonik z napisem „Wesołych Świąt!”.
-Ej, zsuń się, jestem w ciąży.
Spojrzałam do tyłu. Jakaś pulchna kobieta popatrzyła na mnie z góry – gdyby można by było zapalać wzrokiem, zapewne stałabym w 200C ogniu.
-Ona też – wskazałam szybko na stojącego obok Linga obładowanego zakupami.
-Ale to jest on! – zaskrzeczał jakiś emo stojący przed nami –Nie może być w ciąży!
-Cóż – westchnął Ling – do tego prowadzi bara-bara, czyż nie? Chyba mi przysługuje jakiś urlop czy coś. – podał mi z dwie torby. –Potrzymaj, kochanie, wiesz, że nie mogę się przemęczać.
*
Z DZIENNIKA SKLEPOWEGO SIERŻANTA LINGA:
Dalej czekamy w kolejce. Jesteśmy dobrzy w czekaniu w kolejce. Jesteśmy Polakami.
Szkoda, że nie pomyśleliśmy, że pokolenie PRL-u jest w czekaniu dużo lepsze od nas – dla kogoś, kto przez 6 godzin stał w kolejce, żeby usłyszeć, że „nic nie ma, tylko ja jestem”, czekanie w TAKIEJ kolejce to śmiech na sali. Starsze panie i matki ośmiorga dzieci znały dosłownie wszystkie chwyty dotyczące przedostawania się do kas. Miały podejrzane papiery świadczące o ich inwalidztwie, dzieciak zajmujące im miejsce w kolejce, znajome kasjerki… Ba, nawet kiedy nachylałem się, żeby powiedzieć coś Kazikowi do ucha, już wyrastał z nikąd przede mną człowiek-góra.
…
…Obiecuje, że jeżeli stąd wyjdę, poszukam sobie żony i spędzę spokojne życie na farmie, z dotacjami od UE i małym stadkiem dzieci.
*
-Ling, jeszcze tylko jeden!
-Nie, nie mogę, już nie dam rady…
-No skarbie, tylko jeszcze raz, wiem, że potrafisz…
-Nie…
-Jakie nie! Zrobimy to i już! – rzuciłam się na chłopaka, chwyciłam go za spodnie i stanowczo zaciągnęłam w kierunku kasy.
-Kazik, słońce, my nie możemy…
-Jakie nie możemy? Dostaliśmy się do sklepu, pozbyliśmy się konkurencji, zdobyli prezenty (czasem drogą kradzieży, ale co tam), w ostatniej chwili uciekliśmy przed gazem paraliżującym, uniknęliśmy tej kraksy w korytarzu do Empiku i zwialiśmy ochronie – cóż może nas powstrzymać przed zwycięstwem? Podejdziemy do kasy, damy pieniążki i…
-Nie.
-?
-Kosmita dzwonił, że zostawiliśmy pieniądze na parapecie.
- !!! Powtórz to!
- Zostawiliśmy pieniądze na parapecie. Nie bij mnie!
-Ty draniu niewdzięczny, szuraj mi do domu po to, ale już!
-Al…
- NOW!
*
-Jezus Maria, ile można po zakupy chodzić! … i co wyście tam robili? – Ohno przerażonym wzrokiem ogarnęła naszą dwójkę. Oboje byliśmy rozczochrani na wszystkie możliwe strony, ja miałam nogę wygiętą pod dziwnym kątem i plaster pod okiem, a Ling obficie krwawił z nosa.
Konoha wyłonił się z łazienki, spojrzał na nas i uśmiechnął się przymilnie. –Znaczy że zakupy się udały?
Zachwiał się pod ciosem ciężkiego, wojskowego obcasa. Następnych pięciu uderzeń zapewne już nie czuł.
* * *
(Mówię bez bicia, że z tych opowiadanek jestem dumna jak nie wiem co. Jest jeszcze zakończenie, ale, he he, cenzura stwierdziła, że takie zachowanie dwojga młodych ludzi przeciwnej płci, nawet pod jemiołą i z świątecznym ciasteczkiem jako rekwizytem jest niezgodne z duchem świąt, a poza tym, to Internet i na moją stroną może się wpakować dosłownie każdy. Widać, niepotrzebnie zamieszczałam, że moja strona, jak puzzle, jest dla osób od 3 do 100 lat wzwyż, niezależnie od płci i rasy, jak się tylko czytać umie. Ale nie martwcie się, zakończenie możecie otrzymać, wysyłając gargulca lub gołębia pocztowego o treści „PINK – KAZIK.07” pod numer 56ax5.*
No, najwyższy czas zmienić tapetkę, no i może muzykę jakąś wrzucić?... Oł jes.
Pozdrowienia i niech kisiel czekoladowy będzie z Wami ^^)
P.S. Tak, wiem, to mi powinni przysłać nagrodę Złotego Łosia. KOMENTARZE NAPRAWIONE!, a były zepsute z tak durnego powodu, że aż szkoda pisać... W każdym razie - serdecznie, przepięknie dziękuję pannie Kreatywnej (twórczyni szablonu), która tak szybko mi udzieliła pomocy. Bardzo, bardzo Ci słoneczko dziękuję! A tak poza tym... Pamiętajcie o święcie Babci, narysujcie piękne laurki, a Kazik w tym czasie pójdzie wydać te 87zł na komiksy, hje hje. Enyoj!
komentarze [14]Przejdź na ciemną stonę mocy grafitu! /historyjka poboczna/ >> poniedziałek, 3 grudnia 2007 18:30:40
Zimny, deszczowy listopad 2006. W pewnym starym, przepełnionym złymi fluidami budynku, w jednej z ponurych, ciemnych salek, siedzi dziewczyna.
To ja.
Patrzę w pustą kartkę nieruchomym wzrokiem, i w przypływie nagłej pasji, burzy nieposkromionych emocji gniotę ją, rozrywam na strzępy!... I patrzę, co z niej zostało. Dobrze, że nie stworzyłam jeszcze swego dziecka – to byłoby bestialskie morderstwo. W afekcie, ale morderstwo.
… Nie mogę dłużej. Po prostu nie mogę.
Kieruję wzrok w stronę Agnieszki. Siedzi, zamyślona. Tworzy swe dziecko. Dlaczego ona może, a ja nie? Faworytka demonów? DLACZEGO?
…A jak bogom wykradziono tajemnice? Na pewno nie według prawa. Podsuwam się cicho, niczym kot. Patrzę, chłonę każdy ruch, każdy szczegół… Byle nie zdradzić się…
Agnieszka momentalnie zasłania kartkę. –Kazik, świrusie, jeszcze raz zobaczę, że gapisz się, jak rysuje, to ci /CENZURA. Mimo wszystko, niewinne duszyczki, jestem w szkole katolickiej./, a potem /dalej cenzura…/, a wtedy Cię /hm, powiedzmy, że pogłaskam po głowie/!!! Jasne?
-Dobrze Aga. Tylko proszę, odsuń ten cyrkiel od mojego oka – zachowamy się jak dorośli ludzie?
Grudzień 2007
Przyznaje bez bicia, że jestem teraz jedną z niewielu szczęśliwych osób, które mogą patrzeć na twórczość Agi dłużej niż 3 minuty, nie kończąc z czymś ostrym pomiędzy żebrami. Osobiście przyznaje, że ja też mam swoją sztu… może lepszym określeniem jest twórczo… no dobra, mam swoją tfurcość. Kocham moje rysunkowe dzieci – moje słodkie, niewinne aniołki (tak, portret „Krwawej Suzi” też się pod nie łapie, mimo wszystko.). Ale Aga… ona miała STYL. STYL, i, powtórzę dla pewności – STYL. Tak, jej dzieł nie dało się pomylić z niczym innym. I nie chodziło o to, że rysowała samych 12-latków. Znaczy, o to też chodziło (na przykład, dalej nie została rozpatrzona moja kwestia, żeby któryś z nich został narysowany bez koszuli, albo z kajdankami…), ale… Co ona chciała, to się naradzało. Parę pociągnięć i jest! Prawda, że super?
…Nie mogę. Dlaczego moje obrazki są… gorsze? Palce jak kluchy, oczy nie teges, fałdy na ciuchach do bani… Heh… TO KONIEC....
…Tak by powiedział każdy przeciętny obywatel. Ale nie KAZIK. Od jutra – pobudka, 5.10, jogurt na śniadanie, fachowy sprzęt do plecaka (plus kamienie, nie bądźmy mięczakami! To szkoła rysowania, a nie wycieczka!), i do dzieła! TRENING OD ZARAZ!, i nie spocznę, póki Cię Agnieszko, w pył, grafit i wióry ze zastrógi… zastrugi… no, cię nie zetrę! MUCHACHACHACHACHACHA!!!!!!!!!!!
Jakby ktoś pytał… Tak, Aga jest moją najlepsiejszą kumpelą. A podstawą i niezniszczalnym fundamentem naszej przyjaźni jest to, że się serdecznie nie lubimy.
SZKOŁA RYSOWANIA
Dzień 1
Gumka chlebowa – jest, temperówka – jest, gumka zwykła – jest, czarny cienkopis – jest, ołówek H2 – jest, ołówek B2 – jest, ołówek HB – jest, ołówek B – jest, ołówek H23 – jest…
(…dwie minuty później…)
… biurko – jest, ołówek B45 – jest. No, to bierzemy się do dzieła!
(…minutę później…)
Dobra, przekładamy rysowanie na jutro. Nie ma w domu papieru.
Dzień 2
Okej, wszystko mam. Jazda! …Szczur? Cholera jasna, ja tu, kurna, kulturę tworzę, więc wynocha mi stąd bo!... Hę? Jango dzwoni? Dawaj go! Halo? No, cześć… Nie, poświęcam się w imię SZTUKI przez duże „S”!... Nieeee no, aż tak się dla sztuki (z małej litery) nie poświęcam, żeby nie mieć czasu iść do kina…
Dzień 3
Ściągnęłam sobie poradnik rysowania anatomii! No, dobra, otwórzmy na „Proporcjach”… Ekchym: „Głowa postaci to jedna trzecia całego ciała – pamiętajmy o symetrii i odpowiedniej długości talii i rąk, powinny być długości, ni mniej ni więcej, 2/3 połowy twarzy, ale nie powinny przekraczać połowy szerokości ud. Nie zapomnijmy też o pępku (dokładnie 0,23mm w skal 1:100, zależy od wysokości i oddaleniu od rysowanej przez nas postaci). Wracają do głowy, rysujemy trzy linie poprzeczne, pod kątem ok. 24 stopni…”
…Właśnie sobie przypomniałam, że mam niezrobione zadanie z matmy.
Dzień 4
A po chol… ewkę mi poradnik – prawdziwy talent ukryty jest w głębi, tu, w twym prawdziwym ja! Ołówek w dłoń!...
…
…….
………………………..
…Nie mam pojęcia, co narysować…
*-*-*-*
Wysunęłam czubek języka. Teraz będzie trudny moment… Delikatnie, delikatnie!...
-Kazik, podobno uczyłaś się rysować? – zagadnęła uprzejmie Małgosia.
-Yhy – odpowiedziałam niezwykle szczegółowo, po czym zacieniowałam spodnie i wymazałam kawałek ręki.
-Ponoć Kazimierz, ten twój chłopak, ma tego guza na głowie, bo zerwał jakimś poradnikiem o anatomii. Biedak, ciekawe, co za brutal mu to zrobił?
Przytaknęłam głową. Cóż, miałam wtedy paskudny humor. Rysowanie według ułamków nie jest specjalnie zabawne.
-Ale wracając do rysowania – ponoć nic nie wyszło, ale widzę, że rysujesz…
-Wiesz… Dobry ołówek, pomocniki, wykształcenie artystyczne… Też są ważne, ale najważniejsze, żeby odnajdować w rysowaniu radość, to właśnie pchnęło mnie do próby bycia lepszą…
-Myślałam, że chciałaś wkurzyć Agnieszkę.
-Zamknij się. W każdym razie, jak już mówiłam, robię to, jak umiem, i sprawia mi to radochę. Zwłaszcza, że znalazłam rzecz, której szkicowanie naprawdę mnie cieszy.
-Serio? Jaką?
Z dumą uniosłam szkicownik.
Małgosia pokręciła głową, zadreptała w miejscu, poruszyła ustami, po czym wzięła szkicownik do ręki.
-Bardzo… dobre.
-No nie?
-Nie wiedziałam, że tak dobrze znasz chłopięcą anatomię…
-Zauważyłaś, że faceci nigdy nie zamykają drzwi do szatni? Rewe… eee, dziwne, prawda?
-Ale to związane ręce… I mu spodnie tak dziwnie opadają…
-Taaak, spodnie mi się udały.
-I dlaczego on się tak rumie… och! – Małgosia spłynęła rumieńcem.
Niemal mruczałam z zadowolenia. Fajnie wiedzieć, że są ludzie, którzy znają się na Sztuce.
(Ale się, biedoki, oczekały, co? ^_^ Przyznaje, że nie ten tekst miał być wprowadzony jako pierwszy, a ściślej, napisałam go dosłownie przed chwilą. Tamte muszę jeszcze dopracować.
Powiem, że z tego tekstu, jestem nawet zadowolona. Wyszedł lepiej, niż przypuszczałam, oraz zawiera historię mojej drogi rysowania w pigułce, przedstawia moje relacje z Agnieszką, reakcje ludzi na moje małe arcydzieła, a na dodatek wepchnęłam parę wyolbrzymionych rzeczy na temat świata rysowników, choćby motyw „odpowiedniego sprzętu do pracy” (tak naprawdę, większość ludzi używa ołówka B6 dobrej firmy, gumki i metalowej temperówki) i poradników, gdzie wśród wywodów o proporcjach można się czasem naprawdę zgubić ^^” Ogółem chodziło mi o to, że rysuję, bo to lubię. …A, no tak. Tak, moją obsesją jest dziewczyna-lisica o imieniu Kunegunda, czaszki a’la „One Piece” i właśnie rozebrane chłopczyska. ^_^ Każdy robi to, co lubi, ne?
Jeszcze raz przepraszam za opóźnienia.
Pozdrowienia i niech kisiel kiwowy będzie z Wami ^^)
komentarze [7]Pomożecie? POMOŻEMY! >> sobota, 3 listopada 2007 20:52:21
-Um, Kazik?
-No nie. Trzeba było iść do kibla, zanim wyszliśmy.
-Nie o to chodzi... Tylko napis na drzwiach.
-Napis? - dziewczyna spojrzała na ciężkie, metalowe drzwi, na których ktoś koślawymi literami napisał: NIE WCHODZIĆ! KARA ŚMIERCI!
Wyglądało to poniekąd groźnie. Gdyby tylko farba nie była różowa.
-Ah, masz na myśli ten bulgot jakiegoś szaleńca? - panna wzruszyła ramionami i spróbowała nacisnąć klamkę. Ustąpiła z jękiem i ukazała dwóm wędrowcom Sens Istnienia...
...A raczej zrobiłaby to, gdyby tylko istniała. Ktoś ją dość brutalnie wyrwał z drzwi i to tyle, jeżeli chodzi o jej udział w tej historii.
Blond-chłopak zerknął na zegarek. -Kazik, wierz mi, wielu ludzi pomyślało jak ty, nie zrobili, o co prosił ten napis i... cóż, są dość znani w historii. Zwykle są nabici na pal, zwisają na gałęzi albo odpoczywają na dnie morza z betonowymi skarpetkami na nogach.
-Taaaak? - Kazik odłożyła łom i rozglądnęła się za swoim wcześniejszym zapałem. Hm. Obrazowo by się rzekło, że właśnie skręcał w sąsiednią ulicę, osiągając coraz większą prędkość... Już nie. Właśnie potrącił go tir.
Dziewczyna zakręciła się na pięcie.
-To jak, idziemy na pizze? Z ananaskiem. Mniam mniam. - uśmiechnęła się niewinnie i już kompletnie nie pamiętając, co chciała, w podskokach skierowała się w stronę zachodzącego słońca...
-NO TO PO CHOLERĘ TA CAŁA NOTKA?! - wrzasnął Jango i pobiegł za swoją lubą.
***
Po co notka? No jak to po co? Ażeby powiedzieć, że mam w nosie karę... No dobra, schowałam ją do słoika po ogórkach. W każdym razie, mam już gotowe z trzy notki i postaram się je wrzucić, jak tylko mama pójdzie do kościoła... To trochę nie teges, ale mam pozwolić, żeby moja popularność spadła? Ooooo nie. Ludu, POMOŻECIE?!
Odwrzask: POMOŻEMY!
No! Z Bogiem!
Pozdrowienia i niech kisiel migdałowy będzie z Wami ^^
komentarze [5]Kochani obywatele!... >> sobota, 1 września 2007 15:14:55
No więc, moi kochani, opuszczam was, miejmy nadzieję, do pierwszej wywiadówki (październik), bo-tak-zażądała-moja-rodzicielka. Dostałam szlaban za naukę zanim rok szkolny się zaczął... Dobry jestem ^^ Notki będą powstawać na lekcjach fizyki. Mam nadzieję, że moje oceny będą zadawalające i szybko się z wami spotkam - jesteście wspanialni ^^
Jango: Pa, pa...
Azuma: Zanim pójdziecie, poczęstujcie się ciastkiem!
van Winkle: Żegnajcie...!
Dorochet: *macha*
Greed: No cześć wam... Ty się już namachałeś, no chodź! *ciagnie Dorocheta do sypialni xD*
Osaka: Haaai!
Ling: Do zobaczyska, ludzie! Wpadnijcie jeszcze!
Chii: Chiii?
Luffy: Jak będziecie wracać, przynieście mięso!
Integral: ...Wreszcie spokój!
Plisnołki: Jiiiip pop hop kuku! *wymachują flagami*
...Widzicie, jak was wszyscy kochają?
Do zobaczyska w październiku!
Pozdrowienia i niech kisiel kokosowy będzie z Wami ^^
komentarze [13]Rozdział 3, czyli o miłości i o innej wrednej ości (part Tfu) >> środa, 22 sierpnia 2007 16:36:45
(ciąg dalszy nastąpił! Jestem wielka ^w^)
Jango ściągnął słuchawki. – Szkoda, że życie to nie gra…
-Życie jest grą. Nazywa się „Live” i jest połączeniem przygodówki z zręcznościówką.
-Niby hit, a kompletnie do bani.
-Nyo… ale grafika – miodzio! Nie mówiąc już o muzyce. Interakcja otoczenia też na bardzo wysokim poziomie…
-… i fizyka świetna. Ale reszta… Te wysokie wymagania sprzętowe…
-Strona zręcznościowa: o akrobacjach Lary Croft można zapomnieć – tylko leciutko skoczyłem, i już nogę złamałem!
-Strona przygodowa: zagadki trudne i bezsensowne, postacie nic sensownego Ci nie powiedzą, i w dodatku nikt nie napisał solucji.
-No, i kodów też nie ma.
-No i to niskie IQ postaci i niezrozumiały system punktacji.
-Rozdzielanie cech osobowości też do niczego.
-Fabuła nudna i schematyczna, a zakończenie… takie… przewidywalne!
-A najgorsze, że nie można zrobić sejfu.
-Checkpointa też nie ma… Oj, przydałoby się takie zapisywanie i wyczytywanie w dowolnym momencie…
-Taaa… Tylko trzeba by było pamiętać, żeby zapisywać co jakieś dwie minuty, na wypadek, jak się coś sknoci.
Westchnienie. Huknęliśmy się na materac, który robił za łóżko.
Ale milusio…
Przy okazji dane mi było zobaczyć nowy nabytek Janga. Spory plakat na suficie z wysoką dziewczyną, z naprawdę dłuuuugimi włosami i zamyślonym spojrzeniem. Od razy poznałam tą postać – no i ta charakterystyczna, miękka kreska.
-To Saki z „Azumangi”. Bardzo sympatyczna postać.
-Sceny z kotem były genialne – zaśmiałam się. Chyba powinnam być zazdrosna, zerwać to z sufitu z obłędem w oczach i przykrymi słowami na pysku… Ale rozumiałam go. Sama czułam dreszczyk, kiedy patrzyłam na Greeda i Dorocheta. Byłoby niesprawiedliwe, gdybym robiła wymówki.
Jango przysunął się i wtulił się we mnie. Chyba się rumieniłam.
Otaku w związku to rzadkość. Jest to zjawisko tak częste, jak obecność mądrych wypowiedzi polityków. Czyli praktycznie na wymarciu, umieszczane w rezerwatach z nadzieją, że się może rozmnoży.
Dłonią zaczęłam głaskać jego policzek.
-…Jango?
-Hmm?...
-Mam pytanie.
-No?... – bliżej się do mnie przysunął, zupełnie, jakby mnie chciał pocałować.
-…Kiedy będą pierogi?
Jango wyglądał na wyraźnie podłamanego psychicznie człowieka.
-Kazik! – momentalnie wstał –Cieszę się, że jesteś wszechstronną osobą, ale dyplomu z Psucia Romantycznych i Ckliwych Scenek robić nie musisz!
-Kiedy głodna jestem, a co dyplomu, to do Rumiko Takakashi mi daleko! – fuknęłam.
-Kobieto, puchu marny, jak to mówił Słowacki! Nie irytuj mnie!
-To akurat powiedział Mickiewicz, psze pana.
-Mniejsza z tym, mam Ci przypomnieć, jakie miałaś oceny?
-No no, nie zaczynaj! Bo jak ja Ci zacznę wypominać… Przykładowo, o moich imieninach pan pamiętał?
Jango był jednak przygotowany na takie chwyty, i w odpowiedzi wystawił mi język. Dostał poduszką. Zaczęliśmy się siłować, aż w końcu zleciałam z powrotem na materac. Przycisnął mnie do swojego improwizowanego łóżka.
To był koniec. Uśmiechnął się triumfująco.
-Specjalnie przegrałam, żebyś się dowartościował, głupku.
-A może przegrałaś, bo liczyłaś na coś więcej, niż tylko przytulanie, hę? – pochylił się nade mną.
-Przypominam Ci, że jeżeli mi coś zrobić, naruszysz moje prawa obywatelskie i zostaniesz pociągnięty do odpowiedzialności karnej za molestowanie seksualne.
-No wieeeem – westchnął i położył się na mnie. –Już byś siedział w pudle, kolego. Ale Cię nie pozwę, bo to za dużo papierkowej roboty.
-Zobaczysz, kiedyś się z Tobą prześpię. Zobaczysz… - zamknął oczy.
-Yhy, tylko najpierw wygrzebmy sobie jakieś osobowości z koszy na śmieci.
- I kupmy sobie prawdziwe życie.
-Kocham Cię, cukierku.
-Ja ciebie też, misiu. – pocałunek.
-Jesteś słodziutka, króliczku, i śliczna. –znowu pocałunek, intymny.
-Oj, skarbie, powiedz, na co masz ochotę dziś wieczorkiem, królisia ci coś ugotuje… -przytulenie.
-Na ciebie mam ochotę, cukiereczku – ręka powędrowała pod koszulkę.
-A fe, brzydki… Hihi!
Jakaś nieskromna blondyna w skromnych ciuchach obściskiwała się ze swoim lubym na przystanku, niezbyt się przejmując patrzącą na nich morderczo staruszką z moherem na głowie. Czekający na autobus ludzie też ich mało obchodzili.
Matko, taka słodycz, że aż musiałam nogi podciągnąć na ławce, bo się chodnik od lukru kleił.
Może tak powinno być, a ja nie powinnam się odzywać?
…
Nie.
Miłość to nie słodzenie sobie nawzajem. To znoszenie wspólnie życia…
Ale co ja tam wiem.
(opowiadanie podzielone na dwie części, bo w kupie za długie i za nudne. Nie jestem zadowolona z tych notek, nie do końca oddają moje stosunki z Jangiem, jakbym chciała. Ale jest tu parę fajnych myśli, więc zamieściłam.
Ostatnio zauważyłam, że piszę smutno... Złe słowo - za dużo ponurego sarkazmu, o. Nie wiem, czemu tak, następne są bardziej wesołe. "Są"? Ano tak. Moje opowiadania, jak już wspomniałam, zostają poczęte w mej głowie, a potem rodzą się w zeszycie. Piszę takich opowiadań sporo do przodu, obecnie mamy siódmy rozdział. Potem przepisuje toto na komputer, przy okazji przechodzi małą ewolucje, zostają poprawione błędy, dopisane nowe zdania, wycięte głupie fragmenty. Ot co.
Niedługo nastąpi zmiana szablonu, bo sporo osób się uskarża, że bolą oczy od czytania (ja tam nie miałam takich problemów, ale ja to wogóle jestem mutant).
Pozdrowienia i niech kisiel jabłkowy będzie z Wami ^^)
komentarze [10]Rozdział 3, czyli o miłości i o innej wrednej ości (part One /nie posprzątały!/) >> środa, 22 sierpnia 2007 16:24:02
Matko jedyna, jak ja kocham niebo w Rzeszowie. Mogłabym na nie patrzeć… i patrzeć… I patrzyłam. Bardzo długo. Podziwiałam. Rozmyślałam, kierując wzrok w niebo, patrząc z zachwytem jak małe dziecko. Piękne.
Patrzyłam.
Dopóki nie wpakowałam się w słup. Cholerne elementy krajobrazu miejskiego, jakby nie miały nic innego do roboty, jak stać i przeszkadzać w kontemplacji! Założę się, że były jednym z głównych czynników, przez które ludzie przestali patrzeć w niebo, a zaczęli pilnować, żeby dojść cało do domu. Potarłam du… kość ogonową i spojrzałam w bok.
Oho, dotarłam. To ta kamienica.
Weszłam po schodach na górę. Jak zwykle pachniało pierogami i kapustą. Jakiś kot, należący do samego siebie, przebiegł obok mnie, rzucając mi obojętne spojrzenie. Na samej górze stanęłam przed białymi, odrapanymi z białej farby drzwiami. Przywitałam się z sąsiadką z mieszkania obok, która wychyliła swój plamisty nos przez szparę w drzwiach. Mimo, że powiedziałam grzecznie i wyraźnie, w dodatku bardzo głośno (to starsza osoba, może nie dosłyszeć) uprzejme „znowu pani podgląda?”, ona w odpowiedzi fuknęła i schowała się do swojej nory. No i wychodzi wychowanie Rydzyka.
Zadzwoniłam. Po chwili otworzyła mi pulchna kobieta w rękami całymi w mące i surowym cieście.
-Kasieńko! Jak miło, że jesteś! Wchodź wchodź, nie, nie ściągaj butów, albo dobra, wiesz, gdzie są klapki… Pierogi lepię, będziesz jadła? Dobrze, Królewicz jest w swoim pokoju… - zaśmiała się i wróciła do kuchni.
Kocham tą kobietę. Umie lepić pierogi, to raz, a dwa… cóż, mało osób cieszy się na mój widok. Niektóre doszły do takiej perfekcji, że bały się we mnie rzucić patykiem, żeby czasem jakieś choróbsko się na nich nie przeniosło.
Włożyłam stare, skórzane klapki i bez pukania weszłam do pokoju na prawo.
Siedział na podłodze. Jak zwykle miał na sobie czarne ciuchy, które pewnie wycyganił od jakiegoś satanisty na emeryturze. Na uszach ledwo mu się trzymały wielkie słuchawki, które były w kupie tylko dzięki taśmie klejącej. Grał na PlayStation2 w symulator randek. Na ekranie widniała słodka, dziewczęca buźka, z długimi, niebieskimi włosami związanymi kokardką. Uuu, nieźle mu szło, miał już u komputerowej panny 72 punkty serca…
Wyjaśnijmy coś sobie – kiedy Jango po raz siódmy stał w kolejce po rozum i talenty, na stoisku z urodą wywieszono zawieszkę z napisem „CLOSE” – zresztą, i tak cały towar wynieśli John Depp i Sandra Bullock. Jango był przeraźliwie chudy, mimo, że jego matka przydzielała mu potężne racje żywnościowe, a on, jak to dobry syn, to wszystko zjadał. Był wysoki - gdyby chciał, NBA stawało by na głowie, żeby go mieć w swojej ekipie. Obrazu dopełniały nienaturalnie rozszerzone źrenice i średniej długości, skołtunione blond włosy, które za nic nie dały się rozczesać.
Chyba nie zauważył, że jestem. –Kimiko… - westchnął i uśmiechnął się do mangowej dziewoi.
Kaziciątka mają duże ego i nie lubią być dyskryminowane.
Jango zerwał w łeb poduszką i momentalnie się mną zainteresował.
-O, ohayo, Kazik-chan! – szczerze się ucieszył na mój widok. Odwzajemniłam uśmiech. –Nowy symulator?
-Yhy… Sprowadziłem z Japonii. Nawet nie wiesz, jak to trudno wycyganić po angielsku…
Wiedziałam. I każdy, kto to znał, powinien zafundować oklaski na stojąco Jangusiowemu zmysłowi zaradności, patrząc na sporą stosik gier, leżący grzecznie obok.
Powiem wprost. Faceci podrywający dziewczyny w grach nie są dziwni. Każdy prawdziwy mężczyzna by chciał, żeby panny mdlały na jego widok, patrzyły z pełnym uwielbieniem wielkimi oczami i spełniały jego każde życzenie. Jednak rzeczywistość wygląda zazwyczaj mniej różowo, bo po pierwsze, dziewczyny nie są zbyt skłonne do współpracy, a po drugie, wśród facetów aż roi się od frajerów, którzy mogą co najwyżej wybrankę serca nakryć w parku, jak będzie się obściskiwała z jakimś mięśniakiem, który jak tylko się odezwiesz, rozkwasi ci nos.
Czy nie jest bezpieczniej uśmiechać się do słodkiej Yumi, zbudowanej z paru kresek i niezliczonej liczby pikseli? Przynajmniej nie pozwie cię, jak Agata spod trójki, o molestowanie seksualne, mimo, że tylko się lekko do niej uśmiechnąłeś i zarumieniłeś. W życiu musisz wymyślać naprędce kolejne fragmenty konwersacji, mimo, że i tak na koniec dostaniesz w pysk, bo powiedziałeś coś głupiego. Symulator oferuje ci trzy odpowiedzi, i w dodatku możliwość sejwowania, a jak ci beznadziejnie idzie, to możesz jeszcze do solucji zerknąć… Oczywiście, że każdy wolałby mieć żywe dziewczę, które by dzieliło smutki i radości. Można jeszcze dodać, że lenie z nas i bardziej byśmy się postarali i że nikt nie powiedział, że w życiu będzie łatwo… Można tak powiedzieć. Ale po co, skoro i tak jest uczucie, że już się coś przegrało? Bycie fanem symulatorów to nie frajerstwo – raczej rodzaj bezpiecznika osobowości, który pilnuje, żebyś czasem w depresje nie popadł.
(ciąg dalszy, notka wyżej... kto dotrwał, łapka w górę!)
komentarze [0]Rozdział 2, czyli otaku w plastikowym świecie komercji i odosobnienia >> poniedziałek, 30 lipica 2007 18:27:56
-She is number nine…-zaśpiewał łagodnie głos, wypływający z głośników prosto do moich byczych słuchawek, których sam Yoh Asakura by się nie powstydził.
-Ona jest numerem dziewięć… - zawtórowałam w ojczystym języku endingowi z GitS-a. Niestety, nie każdy jest Kaczmarskim, i pod wpływem mojego talentu śpiewackiego stojące obok mleko w szklance zamieniło się w twaróg.
Nie lubię twarogu. No, przynajmniej nikt nie próbuje mnie zmuszać do śpiewania na urodzinach dowolnej ciotki.
Był wieczór, ósma, może dziewiąta. Siedziałam odizolowana od całego świata w zamkniętym pokoju z kartonem mleka, komputerem, forum i soundtrackiem z „Ghost in the Shell”. Do moich rodziców przyszli państwo jacyśtam, siedzą w salonie i gadają o czymśtam, a Kosmita zrobiła im kawę jakąśtam. Pewnie dyskutują o polityce, poważnych tematach, aborcji… Ech, życie. Ciągle mnie omija.
Ale wiecie, gdyby mnie szukało, to nie mówcie, gdzie się schowałam.
W krótkim odcinku ciszy między utworami do mojej zacnej części płatu skroniowego dotarło, że jakiś zbłąkany podróżnik zabłądził w drodze do łazienki i teraz dobija się do mojej twierdzy i żąda, abym wyszła mu na spotkanie. Cóż, jeśli to Zabuza, to doprawdy, miał już lepsze sposoby wywabiania swoich ofiar z kryjówki.
Przywarłam do drzwi. –Podaj swój kod indentyfikacyjny, albo wyparujesz! Ostrzegam lojalnie! – ostrzegłam lojalnie.
-Boże, sis, znowu Ci palma odbija?
A, to Szczurek. –Czego żądasz? Pamiętaj, mam zakładników – zapytałam groźnie, czując, że jestem panią sytuacji.
-Telefon do Ciebie.
Jakoś nie widziało mi się opuszczenie mojej krypty. A jeżeli to był podstępny podstęp? Musiałam ją przechytrzyć…
-Kaśka, weź no odbierz ten telefon.
-W porządku, powoli wsuń go pod szparę w drzwiach…
-Kaśka, błagam Cię, nie świruj. To Anka.
Zamarłam.
-Powiedz, że mnie nie ma! – syknęłam.
-Okej. Kaśka kazała powiedzieć, że jej nie ma – Szczur nawet nie starała się ukryć swojej złośliwej satysfakcji. Uchyliłam nieznacznie drzwi i wyrwałam jej telefon przenośny.
-Mosi mosi? – zakomunikowała swoją obecność. Cisza. Anka chyba nie za bardzo wiedziała, jak ma zareagować, więc dopomogłam jej zachęcającym pytaniem, czego chce o tej porze.
-Ano widzisz, kochanieńka, chciałam spytać, co kupujesz Kini.
-Żem co proszę? – dałam jej do zrozumienia, jak świetnie orientuje się w temacie.
-Ach, no tak.. Kinia ma urodziny. Nie zaprosiła Cię? Biedactwo… - powiedziała współczującym tonem (a tam współczującym – jakby kto usiadł i się chwilę zastanowił, to by może zgadł). –Wiesz, ja jej kupiłam takie śliczne perfumy z „Sephory”. I czekoladki. Szkoda, że cię nie będzie… - powiedziała. Chociaż obie idealnie wiedziałyśmy, że nikt na tym nie ucierpi, a ta rozmowa była rodzajem paktu – ja siedzę w domu, Anka się bawi. Nawet wrogowie czasem sobie pomagają.
Zaproszenie przyszło nazajutrz. Miało złote, błyszczące literki i różowy papier. Koperta była w tym samym kolorze, tyle że na dodatek ktoś ją wyperfumował lawendą. Ech, co za ludzie. Po ką cholerę perfumować koperty? Pocą się te listy czy jak?
-Nie idę.
-Takie śliczne zaproszenie… Idź do ludzie, koleżanki będą…
-Kiedy one mnie nie lubią…
-Zdaje Ci się.
-Mamo, jeśli ktoś przez całą podstawówkę śmiał się ze mnie, obrażał mnie, pokazywał na mnie palcem, donosił na mnie i obgadywał mnie, to myślę, że mnie nie lubi. Poza tym, w piątek jestem już umówiona.
-O, z kim? Nowość, Katarzyna z własnej woli wychodzi do ludzi! Kto to? Kazimierz (Jango) jest jakiś dziwny, nie lubię, jak się z nim spotykasz. Z kim się umówiłaś?
-… … …No, na „Dofusie”… mieliśmy z ekipą wieczorem na potwory iść… Poziomy nabijać…
DING DONG!
Nerwowo poprawiłam ozdobną, białą bluzką. Ech. Co ja tu robię?
Rozległy się chichoty i drzwi otworzyła rozszczebiotana Kinga. No dobra, Kinia. Kurczę, nie mogę się przyzwyczaić do tego zdrobnienia, automatycznie kojarzy mi się z tą króliczką made by Warner Bros.
Solenizantka miała na sobie… a, jakieśtam ciuchy. Ale nawet taka ignorantka jak ja o wiedzy na temat mody równej -16 (ale ponieważ mam magiczne buty, mam +5 do zręczności, a co!), wiedziała jedno – dziewczyna wyglądała super. Ja też.
Różnica była drobna. Ona wyglądała super, a ja tylko wyglądałam.
-Cześć Kaśka, jednak przyszłaś… Co u Ciebie? – spytała Monika, głaszcząc pokazowo swój nowy, srebrny pierścionek, który dostała od swojego 37 chłopaka, jeżeli liczyć według jej dziwnych inicjałów pisanych na ławkach szkolnych. Co u mnie? Z drżeniem serca, śledzony i rąk czekam na siódmy tom „Fullmetal Alchemist”. Artbook z „One Piece” w drodze. W „Dofusie” mam już 10lv, dorwałam mnóstwo soundtracków, Jango obiecał mnie wziąć na konwent we wrześniu…
-Aaa, nic.
-Jak zwykle zresztą. Ale wiesz, Radek…
Co jak co, ale Kinga miała fajną łazienkę. I niezły bufet.
Dziewczyny siedziały i rozmawiały. O nowej płycie Dody. Albo o dziale ploteczek w „Bravo”. Zresztą nie wiem, bo, dziwna sprawa, po 3,5 minuty się wyłączyłam i wyszłam.
Ale ale, jednak nie była aż tak bezużyteczna, bo w drodze do toalety usłyszałam, jak mnie obgadują. Jednak na coś się przydałam.
Moją uwagę przyciągnęła Aneta, jakaś nówka w dziale psiapsiółek Kingi. Jak mnie poinformowała Anka, właścicielka doskonałej i rozległej siatki wywiadowczej, Aneta była kiedyś takim dziwolągiem-ufoludkiem mojego pokroju, ale, na szczęście, przeszła na jasną stronę mocy i zaczęła się obracać we „właściwych kręgach”.
Owa „nawrócona dziwaczka” właśnie wkroczyła w swym pełnym majestacie do łazienki, i gramoliła (szukała?) coś w torebce. Zamknęła drzwi i niemal dostała ataku apopleksji, kiedy odkryła moją obecność w wannie, w towarzystwie trzech kawałków tortu bananowego. –To nie toaleta publiczna! – syknęła.
-Wiem – odparłam. Ona spojrzała na mnie, ja – na nią. Aneta niepewnie stanęła przed umywalką i wyciągnęła szminkę. Wróciłam do zabawiania rozmową mój deser. Panna Elegantka chyba obserwowała mnie w lustrze – nie wykluczam, że może zaniepokoiły ją hasełka typu „ojeeeej, który to kawałeczek torcika się na mnie patsci? O, ten się na mnie patsi… *mlask mlask*”, „kremik mi skapał, nyo!”, „no, plasterku banana nieszczęsny, opowiedz mi o swojej rodzinnej plantacji bananów…”…
Aneta niechcący strąciła torebkę z umywalki i wróciła do poprawiania makijażu.
-…Eno, ładnie ci było w krótkich włosach. Nosisz soczewki kontaktowe? – wyciągałam wnioski patrząc na zdjęcie dziewczyny z kasztanowymi włosami i pucołowatą twarzą. Na nosie miała grube, spore okulary. Na upartego, wyglądała na młodszą wersję Sheski z FMA. W każdym razie, słabo przypominała teraźniejszą Anetę. Ta teraz miała długie, rozjaśniane włosy, a po okularach nie zostało śladu.
Aneta wydała z siebie dźwięk przywodzący na myśl wiewiórkę zamkniętą w sokowirówce.
No co? Moja wina, że torebka potoczyła się w moją stronę i była niemal pod ręką, i jeszcze nie zasunięta w dodatku? Zresztą, każdy, kto czytał „Love Hina” powinien się nauczyć, że opłaca się przeglądać cudze legitymacje.
-Ty…
-O, a co to? Biiiilet? – wyciągnęłam zza legitymacji świstek papieru. Nie. To była karta członkowska klubu modelarskiego.
-Wow, jesteś z klubu modelarskiego? Baaajer… - gwizdnęłam z uznaniem, wspominają mój żmudnie sklejany model galeonu hiszpańskiego – mój nos, pechowo wsadzony do tubki z klejem do dziś kleił się do wszelkiej maści chusteczek.
Aneta odwróciła się pospiesznie do lustra. –Nie należę do TAKIEGO koła. To lamerskie.
Gdybym mogła, pomachałabym z zaciekawieniem uszami jak Muminek. Czyżbym miała niepowtarzalną okazję usłyszeć jedną z tych historii, które tak krążą tłumnie po hobbistycznych forach? Skojarzyłam, co opowiadała mi Anka…
-Słuchaj, lubiłaś sklejać modele? Wiesz, ja właśnie złożyłam galeon hiszpański…
-Mówiłam Ci już, że modelarstwo to lamerstwo. Obciach na maxa. – zaczęła poprawiać włosy.
Westchnęłam długo i głęboko.
-Dobra, ja będą mówić, a ty mi przytakuj. Byłaś w klubie modelarskim, i, siłą rzeczy, otaku. Nie przerywaj! Zakumplowałaś się z członkami klubu, było Ci dobrze - ale przybyłaś do szlachetnego instytutu, jakim jest gimnazjum, i odkryłaś, że nikt Cię nie rozumie, i twojego hobby też. Dziewczyny nie chciały z tobą gadać, śmiały się z Ciebie i olewały. Na każdym kroku dawały Ci do zrozumienia, że jesteś inna. Czułaś się samotna, w końcu w klubie byłaś raz na tydzień, a z klasą musiałaś spędzać mnóstwo czasu. Postanowiłaś się zmienić, więc rzuciłaś swoje hobby, zmieniłaś wygląd, tylko po to, żeby im się przypodobać. – wstałam i potrzasnęłam ją za ramiona. –Tak było?
Milczała. Oczy zaczęły jej się szklić.
-Posłuchaj mnie – nie rób tego. Jest mnóstwo ludzi, którzy zrozumieli i polubiliby cię taką, jaką jesteś! Poważnie! Dlaczego rzucasz coś, co kochasz? Rozumiem Cię, bo sama…
W tym momencie poczułam, jak uderzam głową o kafle na ścianie, i wylatuje za drzwi. Matko, ale silna baba z tej Anety… Ale mnie poturbowała. To chyba jest ta kobieca przemoc, o której tyle piszą na Onecie.
Z zaciśniętą pięścią stała w otwartych drzwiach. Ja leżałam na podłodze na korytarzu.
-CO TY KURDE MOŻESZ WIEDZIEĆ?! Nic nie możesz wiedzieć! Nie zrozumiesz! Nie wiesz, jak to być samemu! Jestem szczęśliwa, rozumiesz, SZCZĘŚLIWA! I daj mi do cholery spokój! TO!... - pokazała mi kartę członkowską - ... TO tylko nic nie znaczące szczegóły! Jestem normalna!
-Wybacz, ale diabeł tkwi w szczegółach. To takie drobne tegesy rozróżniają nas, tworzą całość. Nigdy się całkowicie siebie nie pozbędziesz.
W odpowiedzi usłyszałam trzask drzwi.
Boże, Aneta, co one z tobą zrobiły…
Podeszłam do drzwi.
-Jesteś samotna. Samotna jak nigdy dotąd, bo zostawiłaś najważniejsze – samą siebie.
Dałabym głowę, że usłyszałam szloch.
-No co ty, już idziesz? – Kinga udawała zawiedzioną.
-Eee, tak. Naprawdę, super impreza, ale jestem już trochę zmęczona. – włożyłam buty. Ała, ale mi guz na głowie wyskoczył. Kinga podeszła bliżej. –Kaśka, nie przejmuj się tą Anetą. Niby w porządku, ale jak czasem jej coś odbije… Straszną oborę dzisiaj zrobiła. Lubisz ją?
Jak ja nie cierpię tego pytania. Kurczę, znam kogoś od dwóch minut, przychodzi ktoś pokroju Anki i już chce wiedzieć, czy ci ten ktoś przypadł do gustu czy nie.
-Dobranoc. – powiedziałam i czym prędzej wybiegłam.
Black Gobbly cast Spit
Furi Kuri loses 1 MP
Megami12 cast Pandora’s Box
Furi-kuri cast Shovel Throwing
Black Gobbly loses 9 HP
Black Gobbly is dead!
Fight ended
Megami12 : dobrze :D
Furi-kuri : thx
TEaM : ok ok chodzcie na tego barana
Furi-kuri: moment, muszę chwilkę odsapać…
Megami12: ok., to my zaraz wracamy
TEaM: Furi, fajnie, że przyszedłeś - szkoda, że tak późno
Saki: Niom
Furi-kuri: Dzięki ^^
Saki : FK, pozwól no na priva
to Furi-kuri: No, jak było na imprezie? :)
to Saki: Eee tak sobie
to Saki: Jango, kto jest bardziej samotny – ktoś, kto zgubił samego siebie, żeby być przez innych lubianych czy ktoś, kto zmyl się z impry żeby nabic se exp w grze i siedzi o 11 w nocy na kompie?
to Furi-kuri: ?
to Furi-kuri: Ach, te twoje zrywy filozoficzne…
Megami12: idziecie czy nie
to Saki : Nieważne
Furi-kuri: idziemy, idziemy – bij potwora! XD
(może nie tak dobre jak poprzednie, i nieco smutne, ale nikt nie powiedział, że życie otaku jest łatwe.
A tak w ogóle, to się wbiłam w dumę ^^ Tyle miłych komentarzy, kto by pomyślał!... Strasznie wam dziękuję, ja też was kocham ^^ Jesteście wspaniali! Poważnie!
Uprzejmie zawiadamiam, że ołówek czuje się już lepiej, najgorsze już za nim. Operacja przebiegła pomyślnie. Dziękuje wam za troskę ^_^
Ach, to na końcu… To rozmowa kreowana na podstawie skrzynki rozmówek z „Dofusa”. Polecam!
Pozdrowienia i niech kisiel ryżowy będzie z Wami ^^)
komentarze [13]Rozdział 1, czyli Z ŻYCIA FANKI M&A... O Boże, ja jestem normalna! >> środa, 25 lipica 2007 19:23:15
Hmm… Czy to możliwe? Żeby morze miało taki piękny zapach?
Powoli żując mięso, wpatrywałam się w bezchmurne niebo. Pokład lekko się kołysał. Na horyzoncie dało się dostrzec mewy. Obejrzałam się za siebie. O Ussopie można myśleć wiele rzeczy, ale nie to, że nie umiał rysować. Ta trupia czaszka ze słomkowym kapeluszem na żaglu była rewelacyjna…
Lekki wietrzyk od morza…
ŁUP! Zaryłam nosem o pokład, tuż po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z niein… niezdyt… niesintety… no, w każdym razie z mopem.
-TE, NOWA, NIE KONTEMPLUJ KRAJOBRAZU, TYLKO SZORUJ POKŁAD! – ryknęła Nami. Ona była kobietą. Ona była ruda. Z nią się nie dyskutowało. Po prostu.
Sami wiecie, nie jestem zbyt dobra w sprzątaniu. Nic-nie-robienie, podziwianie przechodzących obok pająków, bawienie się w trupa – proszę bardzo!, ale z zamiataniem gorzej mi szło.
Cztery lewe kończyny, w dodatku krzywe. Nie każdy jest Larą Croft.
Kiedy już doszłam, którą stroną tegoż dziwnego urządzenia ściera się brud, moją męczarnie przerwał Luffy, który zrobił sobie przerwę w opróżnianiu zapasów i akurat siedział na bocianim gnieździe.
-MARINES! MARINES! – wydzierał się na cały ocean. –NAMI! ONI NAS JESZCZE NIE WIDZĄ, WIĘC NAS CHYBA NIE ZAATAKUJĄ!
-Świetnie! Powrzeszcz sobie jeszcze trochę, niech całe East Blue cię usłyszy, z wrogiem włącznie! – zachęcił go kwaśno Zoro, którego wrzask gumowca obudził z drzemki.
-Może jednak nie usłyszeli – dodała z nadzieją w głosie Nami. Nawigatorka miała dość złota w ładowni, i nie bardo jej się widział stracanie go. Załoga podbiegła do burty.
Oho. Jednak usłyszeli Luff’ego.
-O! PŁYNĄ DO NAS! – darł się wniebowzięty kapitan. Uwaga techniczna – kochani, nawet, gdy się bardzo ucieszycie, nigdy nie skaczcie w bocianim gnieździe. Skończycie tak jak Luffy, tzn. zlecicie w którymś momencie i będzie płacz.
Marines byli coraz bliżej. Wiedziałam, co się kroi. Matko jedyna! „Going Merry” zaatakowana! A ja byłam na pokładzie! Niedobrze!
Marines byli coraz bliżej. Na statku trwały przygotowania do abordażu. Zacisnęłam dłoń na sztylecie. Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Naprężyłam mięśnie do skoku. Drżałam nerwowo. Poczekałam, aż burty statków się ze sobą zetknę i ….
Skok!
…schowałam się za beczkami i tyle mnie widzieli.
-Cześć. Też się chowasz przed Marines? – zagadnął uprzejmie Chopper. Obok niego siedział Ussop. –Ej, towarzycho, może byście tam pomogli reszcie? Chum!
Chopper się zarumienił, a Ussop parsknął. –Daj spokój! Myślisz, że stchórzyłem i zostawiłem mych przyjaciół, ja, dzielny Wojownik Mórz?
-Tak, dokładnie tak pomyślałam. No, może nie licząc tego fragmentu z panem Wojownikiem.
-HA! Mam was, piraci! – krzyknął ktoś nad nami. Wrzasnęliśmy i momentalnie się obejrzeliśmy. Obok nas stała jakaś chudzina z pryszczami w mundurze Marines. Trzęsła się potwornie, wyjątkowo niezręcznie celując w nas pistoletem. Pot się z niej lał, kolana drżały, mało się nie rozpłakała.
-Stó… Poddddajc-cie się, a-a-albo strzelam!
No cóż. Najwyższy czas zasłużyć się w walc. Razem z Ussopem jak jeden mąż rzuciliśmy się na wroga. Zwycięstwo w tej epickiej walce z potężnym wrogiem było niemal nasze, gdy wtem..
DRIIIIIIIIIING!
Mr. Budzik zaliczył swój kolejny lot – piekielna machina podzieliła los „Titanica”, wpadając do akwarium.
-Kochanie, no, wstajemy, już już już! Co prawda są wakacje, ale najwyższy czas podlać kwiatki… - moja rodzicielka odsłoniła żaluzje.
Popatrzyłam niepewnie i nerwowo zamrugałam. Spojrzałam na okno… To słońce od wschodu… A słońcem jest Julia!
-NIEEEE! Muszę tam wrócić! Nawtykać Ussopowi! Uratować Choppera! Zjeść obiad Sanji’ego! Pozmywać pokład! No dobra, bez tego ostatniego, ale muszę tam wrócić! AHOJ! – ryknęłam i schowałam głowę pod kołdrę.
-Zgłupiałaś? Przestań! – moja rodzicielka bez skrupułów zdarła ze mnie kołdrę i cisnęła ją w kąt pokoju. Usiadłam przerażona. Ale „Going Merry”!...
Po chwili coś przyciągnęło moją uwagę. Spojrzałam w bok. Ach. To moja kolekcja mangusi. Dzień dobry, moje słoneczka. Obdarzyłam uśmiechem nową – mianowicie siostrę pozostałych tomików z serii „Fullmetal Alchemist”, oznaczoną numerem 6. Nie ukrywam, że ze względu na zakończenie, traktowałam ją lepiej niż pozostałe. Oj, jestem złą matką… Przeciągnęłam się. Wstałam, odwzajemniłam uśmiech słodkiej Nuku-Nuku wiszącej na ścianie i smażącej ryby. –Kochanieńka, gdybyś tylko taką rybkę mogła mi zaserwować na śniadanie! Nie to, co przypalona jajecznica mojej siostry…
-COŚ TY POWIEDZIAŁA?! – ryknęła Kosmita. Ups, usłyszała. Pospiesznie włożyłam moją koszulkę z Hello Kitty i udałam się na śniadanie.
Przecież to jest kolejny, piękny dzień! Dzień!
(Posłowie od autorki: Tak tak, proszę państwa, otwieram nowego bloga i liczę, że zdobędzie zaintersowanie nie tylko wśród fanów mangi i anime, ale także wśród tych, którzy z prawdziwą miłością oddają się swojej pasji.
Niestety, nastąpiło smutne zdarzenie... Wiecie, opowiadanie to najpierw powstaje w zeszycie, a potem gości w sieci. Podczas kończenia rozdziału zdarzył się wypadek przy pracy - mój asystent, ołówek miękki 4B zachaczył o oparcie hamaka i... złamał rdzeń. Ledwo go odratowali. Będzie mógł jeszcze pisać, ale musi się oszczędzać - nie zostało mu wiele życia. Szkoda przyboru, był taki młody, u szczytu kariery, nie tylko w dziale Pisania, ale i Rysowania, wróżyli mu awans... Młody, lubiany. W dodatku niedawno zaręczył się z ołówką 2H, po której poprawiał szkice... Ech. Życie jest okrutne. Jednak to cud, że wogóle przeżył...
Do wypłaty! Pozdrowienia i niech kisiel cytrynowy będzie z Wami ^^)
komentarze [14]
Szablon wykonała
Kreatywna na potrzeby
fabryki.
Zdjęcie zaporzyczyłam
stąd.
Don't copy!